Usłyszeliśmy krzyk Brzozowego Kwiatu i piski kociąt. Jeśli czegoś nie zrobię, spalą się tam. Popędziłem tam.
- Wilcze Serce, stój! - krzyknęła Sójcze Pióro.
Przeskoczyłem nad płomieniami i wbiegłem do kociarni.
- Brzozowy Kwiat, uciekaj, ja zajmę się kociętami! - rozkazałem.
Kotka niepewnie skinęła łebkiem, po czym przeskoczyła przez płomienie i uciekła do reszty kotów.
Kociaki piszczały. Łapałem do pyszczka po jednym i przeskakiwałem przez płomienie, by podać je innym kotom.
W końcu został tylko mały, biały.
Złapałem go za skórę na karku.
Już od dłuższej chwili dusiłem się przez dym. Ledwo przeskoczyłem ponad ogniem i postawiłem kociaka przed Sójczym Piórem.
Zakaszlałem.
Zakręciło mi się w głowie, ale utrzymałem się na łapach.
Ktoś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz